środa, 10 grudnia 2014

Mindfulness. Trening uważności

Autor: Mark Williams, Danny Penman
Przekład: Katarzyna Zimnoch
Wydawnictwo Samo Sedno (dziękuję za egzemplarz)
Warszawa 2014
Liczba stron: 212





Cytat z książki
Medytacja uważności zachęca do większej cierpliwości i współczucia wobec samego siebie, a także do zachowania otwartości umysłu i delikatnej wytrwałości. Te cechy tworzą przeciwwagę dla siły ciążenia, z jaką lęk, stres i poczucie nieszczęścia ciągną cię w dół. (s. 16)
     

      

Bycie uważnym jest tak proste, że aż straszliwie trudne. Nie dziwi mnie, że słówko „mindfulness” robi tak zawrotną karierę również w Polsce. To moda wynikająca z braku, z tęsknoty za czymś, co zgubiliśmy. Przyznaję się do mojego sceptycyzmu z ową modą związanego.  Gdy jakieś zjawisko staje się bardzo medialne, robi się dla mnie podejrzane. Cóż, tak mam. Niepokorna natura się we mnie odzywa. Ale jako, że nie chcę ulegać łatwo ograniczeniom mojego umysłu, postanowiłam się z nurtem mindfulness zapoznać bliżej, żebym, jakby co, wiedziała co krytykuję… Przeczytałam książkę Mindfulness. Trening uważności i całe mnóstwo artykułów w Internecie, a mimo tego pewne znaki zapytania mi zostały. Może po prostu o tych moich znakach zapytania Wam napiszę.
Ale może najpierw dwa zdania o książce (albo trzy). Otóż jest to bardzo praktyczny przewodnik. Dosłownie, jak głosi tytuł, jest to trening, przewidziany na 8 tygodni, bo tyle według autorów trzeba, by nastąpiły korzystne zmiany w naszym funkcjonowaniu, zarówno w zakresie zdrowia fizycznego jak i psychicznego, związane z praktykowaniem uważności. Do książki dołączona jest płyta z medytacjami na kolejne tygodnie programu. Struktura książki bardzo mi się podoba. Naprawdę konkretnie i na temat, a jednocześnie bez zbędnego dorabiania ideologii. Hasło z okładki, że to „bestseller, który odmieni twoje życie” jest krzywdzące wobec treści książki, która nie daje łatwych obietnic, nie spłyca rzeczywistości do chwytliwych haseł.
 O samej koncepcji uważności nie będę się rozpisywać, bo można na ten temat naprawdę dużo znaleźć. Zacytuję jedynie za autorami książki, że „dzięki uważności zaczynamy widzieć świat takim, jaki jest”. Uważność to bycie obecnym w bieżącej chwili, bycie tu i teraz. Już macie skojarzenia z Nagim teraz? Słusznie, jest blisko, choć i daleko.
No właśnie, tu są owe znaki zapytania. Nurt mindfulness wywodzi się z buddyzmu. Jednocześnie w tej formie, w jakiej jest on najbardziej popularny i również przedstawiany w omawianej książce, jest on neutralny doktrynalnie. Nie będę tutaj wchodzić w rozważania religijne, choć przyznaję, że dla mnie ważne było odczytanie tej książki również pod kątem tego, na ile jej treści mogę pogodzić z moim światopoglądem. Ta neutralność jest plusem. Okazuje się, że nie nazywając tego hasłem „mindfulness” wiele proponowanych ćwiczeń jest mi znanych. Praktyka uważności nie jest aż tak znowu odległa od treningów relaksacyjnych czy od metod pracy z ciałem. Z drugiej strony mnie sam trening uważności, by nie wystarczył, aby odmienić moje życie. W Nagim teraz Richard Rohr, powołując się na średniowiecznych filozofów, mówi o trzech sposobach widzenia. Jest oko ciała, oko umysłu (tu medytacja) i oko prawdziwego zrozumienia.  Tego ostatniego poziomu  mi w koncepcji mindfulness brakuje...
Niewątpliwie książka Mindfulness. Trening uważności może dopomóc w drodze do bycia obecnym, do bycia w kontakcie ze sobą, z rzeczywistością. I albo na tym się zatrzymamy, bo  tylko (albo aż) o to nam chodziło, albo podążymy dalej. Choć nic za nas sama książka nie załatwi, to pomocą na drodze do „znalezienia spokoju w pędzącym świecie’ (znów cytat z okładki) może być na pewno. Czy to wystarczy? Tu już każdy niech odpowie sobie sam.

A jakie są Wasze sposoby na odnajdywanie spokoju w pędzącym świecie?



6 komentarzy:

  1. W Twoich recenzjach bardzo cenne jest to, że nie wciskasz ludziom gotowych recept kupić-nie kupić, ale każdy może sam przyjrzeć się czy ta książka mu się na coś przyda czy nie. I za to wielkie dzięki i szacun!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta wypowiedź to balsam dla mojej duszy nieraz traganej wątpliwościami gdzie jest granica między swoją opinią a zostawieniem Drugiemu wyboru. Dziękuję!

      Usuń
  2. Tej książki akurat nie widzę u siebie. Medytacja nie jest dla mnie. Może do niej nie dojrzałam, ale ja się relaksuje w aktywny sposób, np. sport i to ten najbardziej dodający adrenaliny.

    A odnosząc się do Twojego pytania - spokój odnajduję w domu. Nie mam tutaj tv od kilku miesięcy i jestem bardzo zadowolona z tego, gdyż mam więcej czasu na przyjemności. Sport, książka, gorąca kąpiel :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie daj sobie wmówić, że do jakiejś książki, metody, zachowania "nie dojrzałaś". Bo może przerosłaś tę rzecz mentalnie mając lub znajdując własny sposób, metodę,drogę. Nikt nie ma prawa ocenić i autorytarnie stwierdzić, że medytacja jest lepsza niż sport. Ty wiesz najlepiej, co ci jest potrzebne do szczęścia (i zrelaksowania się), do własnego dobrostanu i komfortu.

      Usuń
  3. Temat bardzo dla mnie, ale książka mnie nie pociąga.

    Mój sposób to stanąć obok - Ależ pędzisz świecie... Nie, nie pognam z Tobą. Nie mam siły. Popatrzę sobie. Stanę obok. Może spotkam kogoś, kto, jak ja, nie ma sił na obłęd rywalizacji. Albo spotkam kogoś, kto pędzi tak szybko, że się potyka o własne sznurówki, kto jest tak do przodu, że mu z tyłu brakuje... I ja te tyły chętnie mu poosłaniam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać jest nas trochę - opornych wobec obowiązujących mód... Dzięki za Wasze sposoby.

      Usuń