sobota, 8 marca 2014

Mam na imię Marina i jestem alkoholiczką


Autor: Marina Rowan
Wydawnictwo Media Rodzina
Poznań 2013
Liczba stron: 280






Cytat z książki
Piszę książkę (…) Tylko, że to nie jest romans ani powieść, ale biografia (…). O przechlanych latach, zwłaszcza w Moskwie. I jeszcze o trzeźwieniu. (s. 264)
           




Tak naprawdę to moja przygoda z książkami na dobre ruszyła, gdy odkryłam świat powieści. Opowieści bardziej a czasem mniej fikcyjnych, zawsze wciągających, przenoszących do świata ich bohaterów. Lubię ten sposób przekazu treści. Poznaję historię czyjegoś życia, a wnioski dla własnego wyciągam sama. Mało na tym blogu tego typu literatury, więc tym razem dla odmiany właśnie powieść. Tyle, że powieść bardzo, do bólu, prawdziwa, autobiografia zawarta w literackiej formie. Nie muszę się wysilać i opowiadać o czym jest ta książka, bo tytuł mówi sam za siebie.
Alkoholizm, czy w ogóle wszelakie uzależnienia, to wciąż temat tabu. Tak, ostatnio zrobiło się trochę głośniej w tym temacie, trochę bardziej wprost, przy okazji filmu Pod mocnym aniołem. To jednak wciąż kropla w morzu czy może raczej w butelce… Zdarza mi się, i to często, że gdy ktoś usłyszy, że pracuję w terapii uzależnień, reakcją jest pokrywający  zmieszanie żart w stylu; „Ojej, to może się do ciebie będę musiał kiedyś zgłosić”. Prawda, wcale nie śmieszna jest taka, że w wielu tych przypadkach rzeczywiście terapia uzależnień byłaby jak najbardziej wskazana. A jeszcze mniej śmieszne jest to, że na terapię zgłoszą się pojedyncze osoby. Pozostali będę pili coraz więcej i coraz częściej będą śmiali się przez łzy, ale pewnej wiedzy o sobie nie dopuszczą do świadomości. 
Tutaj mamy tabu do kwadratu: kobiecy alkoholizm, wciąż skrywany, mocno wstydliwy, a jednak coraz częstszy. Ta recenzja ma wymiar z lekka misyjny, przełamywania wspomnianego tabu. Świadomie sobie na to pozwalam pisząc ją w Dniu Kobiet. Kiedy czytałam Marinę, stawały mi przed oczami te wszystkie kobiety, które powierzyły mi historie swojego życia, często tak bardzo bolesne z zaklętym kołem toczącej się z pokolenia na pokolenie krzywdy. I choć książkę czytało mi się trudno, to pomyślałam, że koniecznie muszę o niej napisać. Nie wątpię, że lektura może pomóc tym, które weszły na drogę trzeźwienia, bo jest w tej książce nadzieja, a jednocześnie jest to nadzieja bez lukru, pozbawiona fikcji o życiu w raju na ziemi. Dla tych, które zaczynają dostrzegać, że, choć może jeszcze nie weszły ostatecznie, to jednak droga uzależnienia kusi i nęci, książka może być cenną przestrogą. A tak naprawdę to książka dla wszystkich, bo któż z nas nie ma w swoim otoczeniu alkoholika czy alkoholiczki? No, i co najważniejsze, któż z nas może powiedzieć, że problem uzależnienia nigdy nie będzie go dotyczył?
To nie jest wielka literatura i pewnie autorka szans na Nobla nie ma, ale myślę ze nie o to jej chodziło. Podzieliła się doświadczeniem swojego życia, a to jest bezcenne. Dla mnie, przyznaję pewne zabiegi literackie i zmieniająca się forma osobowa w książce była pewnym utrudnieniem. Niestety mam problem z upoetycznianiem rzeczywistości i odbiorem takowej. Dlatego momentami czułam, że trochę się przez kolejne strony przedzieram, ale i tak w dwa dni ogarnęłam, co przy dzieciach i pracy nie jest takie proste.

Za egzemplarz książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz